KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Jura, okolice Olsztyna 20-22.04.2012

Autor: Agata Pęciak

     W jeden z kwietniowych weekendów został zorganizowany wyjazd na Jurę Krakowsko-Częstochowską, a dokładniej jaskiń w okolicach Olsztyna. O możliwości uczestnictwa usłyszałam praktycznie na początku obecnego semestru, kiedy to zaczęłam uczestniczyć w zajęciach wspinaczki linowej w ramach wf-u. Już wtedy pomyślałam – czemu by nie? Nie wiedziałam wtedy, czego mogę się spodziewać podczas tej wyprawy, ale chęć odkrycia czegoś nowego nie pozwalała mi dopuszczać innych, niż tylko pozytywne myśli.

     Już podczas zapisów zostałam pozytywnie zaskoczona organizacją wyjazdu. Na stronie sekcji można było znaleźć dokładny opis oraz wyszczególnione wszystkie przydatne rzeczy. Dzięki temu, będąc na miejscu, udało mi się niczego nie zapomnieć – nie licząc drobnego szczegółu w postaci namiotu, którego nie posiadam. Na szczęście był lekki nadmiar w liczbie miejsc w namiotach i pomimo tego, że wcześniej praktycznie nikogo nie znałam, udało mi się znaleźć przytulny kąt w jednym z nich. Kwestia dojazdu również była dobrze rozwiązana, ponieważ otrzymaliśmy numery telefonów do osób, które dysponują samochodami, aby dojechać w jak najbardziej ekonomicznych składach na polanę w Biskupicach. Tak - na podróży i rozbijaniu obozu minął nam czwartkowy wieczór.

     Przejdźmy teraz do najważniejszego – czyli jaskiń. W piątkowy poranek wstaliśmy wcześnie rano, aby tego dnia zobaczyć jak najwięcej. Pierwszą odwiedzoną podczas wyjazdu jaskinią było Sudnisko. Jest ona najgłębszą (ok. -30 m komora główna, oraz prawie 80 m deniwelacji) nie tylko Górach Sokolich, lecz na całej wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej jaskinią. Zjazd na dół był dla mnie czymś nowym. Schodząc coraz niżej stawało się coraz bardziej ciemno i zarazem ciekawiej. Latarki czołowe noszone przez każdego z nas fantazyjnie rozświetlały nacieki na ścianach. Na pierwszy rzut oka jaskinia wydawała się niezbyt duża, jednak przechodząc pod obniżeniem w suficie, odkryłam dalszy korytarz, następnie więcej i więcej ciekawych przejść. W zagłębieniu pod sklepieniem znaleźliśmy parę śpiących malutkich nietoperzy, które spokojnie czekały na ciepłe dni. Wcisnęłam sie w wąski korytarz, który raz rozszerzał się, a raz jeszcze bardziej zacieśniał, czy też robił sie bardziej poziomy lub pionowy. Wcześniej trzeba było zdjąć z siebie całą uprząż, ponieważ w niej ciężko byłoby się tam przecisnąć. Wtedy już wiedziałam, że ten wyjazd był strzałem w dziesiątkę. Po obejrzeniu już praktycznie każdego kąta w jaskini przyszedł czas na wejście do góry. Wystarczyło trochę wysiłku, krótkie przerwy na złapanie tchu, a byłam juz na zewnątrz. Tym sposobem pierwsza jaskinia została zaliczona.

     Podczas czekania na wyjście reszty grupy można było sie udać do pobliskiej jaskini Krowiej. Nie była ona już tak głęboka, ale wejście do niej sprawiało dużą frajdę. Schodziło się po dość stromej skale,  trzymając linę obiema rękami, bez użycia sprzętu.

     Po wykorzystaniu już całej energii (pomimo jedzenia czekolad nawet w jaskini) ruszyliśmy na biwak, aby zjeść obiad. Ale na tym nie skończyły się przygody tamtego dnia. Kiedy tylko jedzenie ułożyło nam sie w żołądkach, wyruszyliśmy w drogę. Spotkaliśmy również pana Kazimierza Kościeleckiego, który oprowadził nas po lesie, pokazując co jakiś czas jaskinie i problemy (wbrew temu, co mi się z tym terminem wcześniej kojarzyło - problemy, to jeszcze nie odkopane jaskinie) oraz opowiadając historie m.in. o jego odkryciach.  Niestety jedna z jaskiń – Maurycy, była zamknięta. Tak sie czasem dzieje, aby ochronić np. nacieki, które tworzyły się przez lata przed zniszczeniem przez ludzi.

    Następnie doszliśmy do jednej z najciekawszych i o wielu różnorodnych korytarzach jaskini Koralowej. Po zaporęczowaniu jej przez członków sekcji mieliśmy dwie opcje zjazdu do wyboru: na linie z przepinką i bez. Ja wybrałam na początek łatwiejszą opcję – bez. Po zejściu na dół okazała się być zupełnie inna od poprzednich. Zdecydowanie bardziej wilgotna i różnorodna. Można było zjechać na linie jeszcze niżej niż pierwsza, główna komora, a także wyżej. W tej jaskini w kliku korytarzach można było natknąć się na glinianą, lepiącą się, a co gorsza bardzo śliską powierzchnię. Jednak łapiąc się nierówności w ścianach  można było bez większego wysiłku przejść nawet pod górę, by podziwiać kryjącą się za przejściem salę. Po wejściu po kilku przepinkach – znalazłam się na skalnej półce pokrytej gruba warstwą gliny. Oprócz mnie było tam jeszcze jakieś 10 osób, które chciały już zejść, ale ruch był jednostronny, więc musieli czekać na zwolnienie liny. Dalej odchodził również wąski korytarz w głąb jaskini. To miejsce wyróżniało to (nie licząc de facto braku miejsca na tyle osób, ile tam sie znajdowało), że pod jedna ze ścian, a także na części sufitu znajdowało się mnóstwo różnorodnych figurek, czy napisów wykonanych z gliny. Na początku zastanawiało mnie, jak one powstały, komu się chciało to zrobić, ale potem sama się przekonałam. Czekając na swoją kolejkę, aby zejść - z nudów zaczęliśmy lepić różne rzeczy. Kiedy nareszcie doczekałam się swojej tury, po przejściu przedostatniej przepinki, zawiesiłam się na jednym z przyrządów. Wisiałam w tamtym miejscu już chwile czasu usiłując się odblokować, ale sama nie dawałam rady ruszyć shunta. Na szczęście można liczyć na bardziej doświadczone osoby, dzięki czemu szybko i bezpiecznie odblokowano mnie i mogłam ruszać dalej. Po pewnym czasie jaskinie opuszczało coraz więcej osób, a mi zaczęło się robić chłodno, więc zaczęłam wychodzić. Szkoda było mi opuszczać jaskinie, bo nie odwiedziłam jeszcze każdego korytarzyka, ale pocieszała mnie myśl, że jutro będzie powtórka z rozrywki. Kiedy wyszłam na powierzchnie pan Kazimierz przywitalnie miłą niespodzianką – zostawił dla mnie ostatnią porcję ciepłej herbaty. Ten dzień był tak przepełniony wrażeniami, że nie zdałam sobie sprawy, że  jest już jakaś 2, czy 3 w nocy. Szybko dołączyłam do grupki, która udawała sie w stronę obozu, bo byłam juz bardzo głodna i nie mogłam sie doczekać kiełbaski z ogniska. Po drodze również nie zabrakło atrakcji. Poszliśmy zła ścieżką i kiedy nadrabialiśmy drogi, niektórzy z nas praktycznie opadali z sił (oczywiście mięliśmy plecaki z całym sprzętem), ale w końcu dotarliśmy na miejsce.

     Kolejnego dnia, pomimo późnego pójścia spać – wstaliśmy dość wcześnie. Spokojnie zjedliśmy śniadanie i wybraliśmy się tym razem do Jaskini Olsztyńskiej oraz Wszystkich Świętych.    Podzieliliśmy sił na grupki, które wchodziły do jaskini z różnymi wejściami. Do Olsztyńskiej można wejść bez żadnego problemu bez uprzęży, ponieważ jest szeroko i poziomo. Kiedy byliśmy środku zrobiliśmy mały test, a mianowicie każdy z nas zgasił latarkę by zapanował kompletny mrok. Następnie mieliśmy za zadanie znaleźć przejście do następnej części jaskini. Było całkiem zabawnie, bo czasem napotykało sie kogoś na drodze. Po zapaleniu świateł okazało się, że rzekoma wnęka, którą znalazłam – zaraz się kończy i wcale nie jest przejściem. Jaskinia Olsztyńska jest połączona z Avenem Wszystkich Świętym. Należało czołgać się krętym i wąskim korytarzem, mijając po drodze niewielkie sale, mieszczące maksymalnie jakieś pięć osób. Osoby, które miały większe kaski niestety musiały je ściągnąć w najbardziej ekstremalnych miejscach, bo ciężko było się przecisnąć. Na końcu tunelu widać było światło – byliśmy już w Avenie. Przez ten czas inna ekipa zdążyła już go zaporęczować i po zrzuceniu nam uprzęży, mogliśmy spokojnie wspiąć się na górę.

     Całkiem niedaleko czekała na nas kolejna jaskinia – Urwista. Nie ma tu za wielu odgałęzień i w większej części jest praktycznie jasno, ale pomimo kwietniowego słońca zachował się  tu śnieg. Temperatura była naprawdę niska - na tyle, że kiedy kolejna osoba po mnie zeszła – chciałam już wracać na górę. Ciekawym faktem było to, że lina była zaporęczowana na wielkim drzewie, które leżało centralnie nad otworem jaskini.


     Na wyjeździe panowała miła, a wręcz przyjacielska atmosfera. Każdego wieczoru rozpalaliśmy ognisko, by wspólnie posiedzieć, czasem nawet pośpiewać oraz upiec kiełbaski. Jednego z wieczorów słuchaliśmy także historii doświadczonych speleologów, w tym dr inż. Kazimierza Buchmana oraz mgr Jerzego Zygmunta, autora książki „Dno”. Opowieści o zarówno bliskich, jak i dalekich wyprawach w celu zobaczenia, a nawet odkrywania nowych jaskiń, były dla mnie bardzo motywujące.

     Ostatniego dnia rano nie spieszyliśmy sie już z wstawaniem, jak to bywa w niedzielne poranki, bo niestety nie mięliśmy juz w planach wyprawy pod ziemię. Powoli pakowaliśmy się, składaliśmy namioty. Tego dnia przyrodnik i podróżnik Jerzy Zygmunt wraz z jeszcze jednym znajomym planowali wyprawę po okolicy. Wraz z naszym prowadzącym zajęcia – panem Kazimierzem oraz kolegą Arkiem wyruszyliśmy razem z nimi. Co rusz dowiadywałam się o chronionych roślinach, nawet takich, które nie były tu wcześniej widziane. Nie zapomnę, jak upominał Arka, aby nie deptać żywców dziewięciolistnych, podnosząc za każdym razem głos. Przyglądaliśmy się problemom oraz jaskiniom, z których część niestety została wysadzone przez szpatowców, którzy najpierw wyeksploatowali stamtąd złoża kalcytu. Zrobiono nam także parę zdjęć i może nawet będę na jednym z nich w kolejnej książce.

     Był to mój pierwszy wyjazd tego typu, ale nie sądzę, żeby był ostatni. Jak najbardziej polecam wam takie wyprawy – nawet amatorom. Mam nadzieję, że jeśli zastanawiałeś się, czy wspinaczka linowa jest ciekawym sportem, czy warto odwiedzać jaskinie, to teraz już nie masz złudzeń i jesteś na tak.




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.