KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Autor: Wojciech Lasota

Cykliczny już wyjazd przypadł w tym roku, dzięki juwenaliom i rektorskiej wspaniałomyślności przewidującej wtedy dzień wolny, w dniach 9-12.05. Na wyjazd zgłosiła się cała masa osób: ambitni i chętni studenci z w-fu, sekcja oraz ‘przyjaciele rodziny’- dawni członkowie sekcji, a także osoby mniej lub bardziej przypadkowe. Wiele osób- jako i ja- jechało w jaskinie po raz pierwszy.

W ramach postępującego dobrobytu i urodzaju w samochody, miejsc w tychże środkach lokomocji było więcej, niż chętnych, toteż przed wyjazd wybrałem sobie dogodny dojazd na miejsce i dnia 9.05 w okolicach godziny  07:00 wyruszyliśmy na wschód. Naszym celem była miejscowość o dwojako kojarzącej się nazwie: Rodaki. Właściwie wieś ta była naszym głównym punktem orientacyjnym na mapie drogowej Polski, ponieważ zmierzaliśmy do jaskiń: Józefa, Spełnionych Marzeń i Rysiej, czających się gdzieś w pobliskich lasach, a raczej pod nimi. Tak oto trójka dzielnych zdobywców brnęła przez drogi i bezdroża, aż dotarła do leśnej polanki z niczego sobie rozmiarów sosną pośrodku. Po nawiązaniu kontaktu z drugą częścią załogi, która to wciąż jechała w naszym kierunku, mieliśmy dobrą godzinkę na spożycie śniadania, wypicie przepysznej, świeżej (a jakże!) kawy i leniwy spacerek po okolicy- w sam raz, by namierzyć wejścia do jaskiń. Z notatkami w ręku znaleźliśmy w pewnym momencie jakiś otwór w ziemi- bingo! wracamy do wozu i się przebieramy, tamci powinni być już blisko. I rzeczywiście, po niedługiej chwili już sześcioosobową grupą udaliśmy się na "eksplorację". Szybko jednak okazało się, że pierwotny entuzjazm był przedwczesny i- znaleźliśmy jaskinie, owszem, ale żadną z tych, które nas interesowały. Po wytrwałych poszukiwaniach namierzyliśmy jaskinię Józefa- w tym czasie dotarła do nas trzecia ekipa i podzieliwszy się na dwie grupy, przypuściliśmy atak. Pierwsza myśl, jaka zagościła w moim umyśle po zmierzeniu okolicy mym niedoświadczonym okiem nie mogła połączyć wyobrażenia wejścia do jaskini z rzeczywistością- ‘Zaraz, zaraz, co to ma znaczyć? To jest wejście? Dziura formatu A2, to o nią był ten wielki hałas? Jakoś tak mało spektakularnie, chcę rozmawiać z kierownikiem tego przybytku!’ Na szczęście wnętrze wynagrodziło swą urodą wcześniejsze niespójności. Jedna wielka szczelina, jaką jest Jaskinia Józefa, już doskonale wpisywała się w wyidealizowane wyobrażenia o speleologii. Po pokręceniu się wewnątrz i raczej bezproblemowych manewrach wyjścia, weszła druga ekipa. W tym samym czasie część z nas atakowała Jaskinię Rysią. Ja również tam wszedłem, by przekonać się, że jest tam dość ciasno. O ile grawitacja pomagała mi zejść przez tenże jeden "wielki" (czy to na pewno odpowiednie określenie?) zacisk, to już brutalne zderzenie z rzeczywistością (za dużo ciała, za mało techniki) przy  wychodzeniu centymetr po centymetrze przywołał egzystencjonalne rozmyślania: ‘co ja tu właściwie robię?  Dlaczego się tu znalazłem?!’. Po "eksploracji" jaskiń, późnym wieczorem dojechaliśmy wreszcie na teren obozowiska. Nastał wieczór, i nastał poranek- dzień pierwszy.

Dnia drugiego na celowniku były jakże liczne jaskinie w okolicy Biskupic. Znajduje się tu także największa, najgłębsza i ogólnie ‘najjaskińsza’ z jaskiń regionu: Studnisko. Niestety! Z racji panującego zakazu nie mogliśmy się tam udać. W przeciwieństwie do dziur z dnia poprzedniego, ta reprezentowała godnie wizje speleologa in spe , a wizja trzydziestometrowego zjazdu w głąb oraz przeczołgiwaniu się w kierunku dna rozpalała wyobraźnię. Trzeba było jednak obejść się smakiem i z krającym się z rozpaczy sercem  odwiedziłem  sobie pobliską Jaskinię Krowią- ot, żeby czasu nie marnować. Jak się okazało, było to całkiem inne doświadczenie, niż dnia poprzedniego, równie odmiennie porywające. Ot, taka  pochyłość prowadząca pomiędzy skały…  Jakiś czas później,  po niezamierzenie długim spacerze połączonym z poszukiwaniem kolejnej jaskini Urwistej, wpakowaliśmy się i do tej - doświadczenie trzeba zbierać! Późnym wieczorem powróciliśmy do obozu na ognisko i ogólny wypoczynek. Nastał wieczór i nastał poranek- dzień drugi.

Dnia trzeciego inny zestaw był na celowniku- jaskinie Koralowa oraz Olsztyńska połączona razem ze Wszystkich Świętych. Dwie grupy uderzeniowe, co by kolejek nie tworzyć (mimo wszystko i tak się pojawiły) - ja poszedłem przecisnąć się z jaskini Olsztyńską do Wszystkich Świętych, by później zwiedzić inny fragment - most Herberta - niezwykle malowniczy trawers. Wspólnymi siłami (razem z Agatą P. i Arielem) postawiwszy błotną twierdzę, wygramoliłem się następnie na powierzchnie, by skierować swoje kroki w stronę jaskini Koralowej. To właśnie to miejsce okazało się być najbardziej spektakularną z odwiedzonych jaskiń - może nie było tam miejsca na fabrykę jeansów i elewator jak w mitycznym Studnisku, ale wciąż było spektakularnie - pozwalane ze sklepienia głazy, obłe, wymyte ściany… Taaaak, to jest dokładnie to, co widziałem oczyma wyobraźni jeszcze przed ruszeniem w te okolice. Do tego galeria glinianych figurek, z nudy ulepionych przez zastępy osób czekających na zejście z Waru - tworzy to specyficzny folklor. Była to niestety już ostatnia jaskinia podczas tego dnia, a także ostatnia wymagająca lin podczas tego wyjazdu. Nastał wieczór i nastał poranek- dzień trzeci.

Dnia czwartego, powitani przez raczej wilgotną pogodę zwinęliśmy obóz i udaliśmy się na przecioranie się do jaskiń Towarnej i Cabanowej. Niby nic, zwykłe czołganie, ale za to jakież to było przyjemne podsumowanie całego wyjazdu. Ostatnie chwile w zabłoconym odzieniu i doborowym towarzystwie i ruszyliśmy do Wrocławia.

Choć na pierwszy rzut laickiego oka kręcenie się po jaskiniach niespecjalnie jest przejawem zdrowego rozsądku, muszę przyznać, że to przednia zabawa. Wyjazd sprostał wyobrażeniom, wiem też, że będę pod ziemię wracać. Na pewno jestem bogatszy o pewne doświadczenia, które już jako dziadek Wojtek będę mógł wyolbrzymiać swoim wnukom.

Zapraszam do obejrzenia galerii z wyjazdu: 2013 - Jura - maj




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.