KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Autor: Andrzej Mazur

Temat wyjazdu do Wojcieszowa pojawił się jak to zazwyczaj bywa na jednym z czerwcowych spotkań sekcji. Początkowo zakładał on zejście do znanego już nam szybu Luise, jednak po uzyskaniu dostępu do nowych informacji odnośnie kopalni „Wilhelm” postanowiliśmy zmienić charakter wyjazdu z akcji podziemnej na eksplorację powierzchniową. W tym momencie grono zainteresowanych wyjazdem drastycznie zmalało z około 12 osób do 8 na trzy dni przed wyjazdem, aby ostatecznie dzień przed wyjazdem została nas piątka. W jej skład wchodzili Adam Pyka, Agata Kulawczyk, Piotr Mielnik, Wojciech Lasota i ja, Andrzej Mazur. Podobny mechanizm dotyczący eksploracji powierzchniowej przedstawił Adam Wojcieszonek w swoim artykule „o polskich eksploratorach słów kilka”: link.

Z Adamem i resztą szczęśliwej gromadki umówiłem się na parkingu Biedronki w Bolkowie. Gdy tam dojechałem o godzinie 10:00, na pace adamowej Vitary siedzieli Piotrek z Wojtkiem, natomiast Adam z Agatą robili zakupy. Kiedy wszyscy się już zebrali ruszyliśmy do Wojcieszowa po klucze do chaty „Bobrów”, w której mieliśmy nocować. 

Po załatwieniu sprawy noclegu skierowaliśmy się w stronę Radzimowic. Naszym celem było odnalezienie sztolni odwadniającej Gustaw. Pozostawiliśmy samochód koło szybu Arnold i powędrowaliśmy przez las wzdłuż słupów elektrycznych. Odnalezienie sztolni w gąszczu drzew nie było łatwym zadaniem. Kilkukrotnie musieliśmy skorzystać z map kopalnianych. Wyglądało to dość zabawnie. Adam klękał na zielonej trawce, sięgał do plecaka, wyciągał komputer. Następnie dysk zewnętrzny i podłączał laptopa. Prawdziwy elektronik, nawet w lesie z kompem się nie rozstawał. Jednak trzeba przyznać, że gdyby nie komputer nasza wyprawa zakończyłaby się fiaskiem. Po około pół godzinie dotarliśmy do strumienia. W jego dno pokryte było jakże znajomą nam pomarańczową breją, z którą mieliśmy już wątpliwą przyjemność zetknąć się w kopalni.  Rozejrzeliśmy się po korycie strumienia. 10m wcześniej zauważyliśmy miejsce, w którym woda wypływała z pod ziemi pod dużym ciśnieniem, a kawałek dalej występowało niewielkie zapadlisko. Jego dno było wyjątkowo wilgotne, a miejscami stały w nim nawet kałuże. 

Wróciliśmy po sprzęt i ruszyliśmy do roboty. Każdy ubrudził ręce przy obsłudze przenośników materiałów sypkich. Najpierw musieliśmy zmienić bieg strumienia, następnie wykopując dren oraz wykonać „podkop” do chodnika. Przez kilka godzin doskonaliliśmy swoje umiejętności posługiwania się szpadlem, łopatą i saperką. Niezły ubaw sprawiło kopanie w błocie, w którym co chwila ktoś grzązł po kolana. Koło 14:00 stwierdziliśmy, że dalsze próby dostania się do sztolni mijają się z celem. Przez lata strumień znacznie zmienił swój bieg, w związku, z czym uniemożliwił nam wykonanie podkopu poniżej poziomu wody. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i w drodze do kolejnej sztolni odwiedzić sołtysa Radzimowic.

Wsiedliśmy do adamowej Vitary i ruszyliśmy w drogę. O ile do Radzimowic dojechaliśmy bez większych problemów to do sztolni zjeżdżaliśmy off roadem przez szczere pole. Adam oczywiście uporczywie twierdził, że kiedy ostatnio tu był przez to pole prowadziła droga. Niestety nikt mu nie uwierzył, cała nasza wiara skupiła się na tym małym, odważnym samochodziku, który prowadził nas przez pustkowie.

Odnalezienie sztolni nie było problemem. Głęboki lej w ziemi, z którego można było wyczuć cug było zawaliskiem. Prawdopodobnie niewielkim nakładem pracy można byłoby się przez nie dostać do środka. Na szczęście nasze przenośniki materiałów sypkich pozostały w Seacie Cordobie koło Arnolda, po drugiej stronie wzgórza. 

Dalszym etapem wycieczki była wizyta nad szybem Luise. Droga była naprawdę ekstremalna. Stroma i poryta przez inne samochody. Jadąc nią zrozumieliśmy, dlaczego fotele w Vitarze mają aż tak ostry kąt. Mimo stromego podjazdu siedziało się w niej wyjątkowo wygodnie.

Luise prawie się nie zmienił. Wisiała nawet znana już nam tabliczka. Jedyną nowością od mojej ostatniej wizyty w listopadzie była klapa kratownicy. Mailon został zamieniony na gruby łańcuch z kłódką. Porobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do Wojcieszowa.

Przed powrotem do bazy zdecydowaliśmy się jeszcze podjąć kolejną próbę znalezienia drogi do kamieniołomu „zerówki”. Miejscowi poradzili nam zostawić samochody przy dworcu PKP i spytać się kogoś o drogę, bo można tam trafić na kilka sposobów. Podjechaliśmy jednak samochodami nieco bliżej wzgórza i ruszyliśmy ścieżką w las. O dziwo już po kilku minutach naszym oczom ukazał się mały staw otoczony ścianami kamieniołomu. Pokręciliśmy się trochę po tym terenie i wróciliśmy do Dziuśkowej Chaty.

Dzień zakończyła kolacja i wieczór integracyjny.

Następnego dnia, o 9:00 jako pierwszy z łóżka zerwał się Wojtek. Reszta z wielkimi oporami kolejno wychodziła ze śpiworów. Ja dałem się zwlec, jako ostatni dopiero po jakichś 40min. W kuchni tradycyjnie czekała jajecznica z 20 jajek. Tym razem zawdzięczaliśmy ją Wojtkowi. Koniec śniadania nasunął jednak ciężkie pytanie: „Co dalej?”

Adam zarządził poszukiwanie sztolni odwadniającej na Miedziance. Sama sztolnia leżała nad korytem rwącej rzeki. Schowana w stromym zboczu. Udało się nam znaleźć zarówno otwór jak i koniec zawaliska. Po wstępnych oględzinach można stwierdzić, że „problem” jest bardzo obiecujący, jednak wymaga dużego nakładu czasu i pracy.

Powoli skierowaliśmy się w stronę Wrocławia. Czekał nas jednak jeszcze jeden przystanek przy jaskini Imieninowej. Kiedy Adam z Agatą i Piotrkiem usiedli przy popołudniowej herbatce koło samochodów Wojtek i ja ruszyliśmy w stronę otworu. Żaden z nas nigdy wcześniej nie był w tej jaskini, nie widzieliśmy też jej planów, także schodziliśmy w ciemno. Stanęliśmy nad pierwszą szczeliną. W suficie wisiały dwa batlinoxy proszące się wręcz o powieszenie na nich liny. Jednak przypomniały mi się słowa Adama, który przed naszym wyjściem mówił, aby nie poręczować pierwszej szczeliny. Już po kilku metrach stwierdziłem, że nie zawieszenie liny nie było dobrym pomysłem. Szczelina była dość głęboka, szeroka i śliska. Ostrożnie krok po kroku osuwałem się w dół. Zaraz po mnie zszedł Wojtek. Ruszyliśmy dalej meandrem. Za nim pojawiła się kolejna pionowa szczelina. Zaporęczowałem ja i zjechaliśmy na dół. Dno było dość przestronne. W niektórych miejscach widoczne były oznaki trwającej wciąż eksploracji. Kiedy na zegarku wybiła 15:00 podjęliśmy decyzję o wyjściu. Tu pojawiła się ambicja Wojtka, który zgłosił się na ochotnika do reporęczu. Wpiąłem się więc do liny i ruszyłem do góry pokonując kolejne przepinki. Wspinaczkę wyjściową szczeliną prowadził Wojtek, natomiast ja zabezpieczałem tyły. Kilka minut później byliśmy już na świeżym powietrzu.

Reszta ekipy siedziała dokładnie tak jak w momencie, gdy wychodziliśmy. Popijali już którąś z kolei herbatę i sprawili wrażenie zawiedzionych naszym widokiem, wiedzieli, że będą musieli się ruszyć. Ogarnięcie całego bałaganu zajęło nam jeszcze kilka minut. Potem wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy w drogę powrotną. Jechaliśmy razem, aż do Strzegomia, gdzie się rozłączyliśmy. Ja skręciłem w stronę Malczyc, natomiast reszta pojechała dalej do Wrocławia. Był to tradycyjnie koniec naszego jakże owocnego wyjazdu.

W ciągu dwóch dni udało się nam znaleźć 3 sztolnie oraz jeden kamieniołom. Odwiedziliśmy sołtysa Radzimowic i jaskinię Imieninową. Ten wyjazd stworzył nam dwa obiecujące „problemy”, które możemy rozwinąć w przyszłości, a także dostarczył nowych nam faktów odnośnie kopalni Wilhelm. 

Zapraszam również do obejrzenia galerii z wyjazdu: 2013 - Eksploracja Kopalni Wilhelm, Jaskinia Imieninowa




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.