KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Chamonix - Aiguilee de la Republique

Autor: Paweł Ruda

Relacja jest wyjątkowo obszerna. Zapraszamy do zapoznania się z całością tekstu, niecierpliwych odsyłamy na koniec artykułu, gdzie pokazujemy krótki klip, nagrany przez Andrzeja Żaka.

Dojazd

Droga jak droga, nic nadzwyczajnego. Kilkanaście godzin spędzonych w samochodzie. Oczywiście i na szczęście - w dobrym towarzystwie. Jedna rutynowa kontrola niemieckiej policj, i kolejna szwajcarskich służb granicznych. Trochę błądzenia, trochę wleczenia się w korkach, wypatrywanie szwajcarskich stacji benzynowych oferujących gaz. Góry jakieś nieśmiałe, już dość długo przemierzamy tereny Szwajcarii, a tu nic nadzwyczajnego. Dopiero w okolicach Lausanne zaczęły pojawiać się szczyty godnie reprezentujące swój kraj, a dalej było już tylko lepiej. Po dotarciu na miejsce postanowiliśmy, kultywując tradycje polskiego alpinizmu, przespać się  na parkingu, aby zaoszczędzić te jakże cenne kilka euro, które niechybnie by nam odebrano w przypadku legalnego noclegu. Jedzenie, porządkowanie szpeju, strategiczne ustawienie samochodu, tak aby widać nas za bardzo nie było i już można wyciągnąć się wygodnie w śpiworach.

Dzień pierwszy

Odjazd kolejki dowożącej nasze leniwe tyłki pod sam lodowiec planowany na godzinę 8:00, oczywiście wszystko z rana robimy za wolno, więc w wielkim pośpiechu opuszczamy parking i jedziemy do Chamonix. Na miejscu okazuje się, że kolejka odjeżdża o 8:35. Bilet za 27 Euro, me serce krwawi. Wystarcza jednak jeden rzut oka w kierunku szczytów aby uleczyć rany zadane przez chciwych francuzów.

No i pojechaliśmy. Widoków nie ma sensu opisywać, czeluście Internetu oferują multum zdjęć ze stacji oraz trasy kolejki Montenvers. Nie tracąc ani chwili ruszyliśmy w kierunku lodowca. Ścieżka którą podążaliśmy upstrzona jest sztucznymi ułatwieniami, poręcze, liny,  metalowe stopnie oraz nasze ulubione drabiny. Spadać generalnie nie można. Oczywiście przy okazji zejścia po drabinach nie zabrakło rozprawy dotyczącej wyższości drabin zastanych na miejscu nad drabinami znajdującymi się w często odwiedzanej przez niektórych kopalni. Następnie szybkie szkolenie lodowcowe - to jest lodowiec, to są raki, idziemy tam… Lodowiec, z którym mieliśmy do czynienia,( Mer de Glace) w części po której było nam dane iść można określić mianem autostrady, niestety szybko doszliśmy do punktu, w którym należy porzucić przyjemną drogę i rozpocząć męczące podejście kamienistą ścieżką oferującą wcześniej wspomniane sztuczne ułatwienia. Po 4 godzinach od opuszczenia stacji kolejki, dotarliśmy do miejsca gdzie zaprzyjaźniony zespół (Zuzia i Krzysiu) rozbili swój namiot, udało się nam nawiązać z nimi łączność przez krótkofalówkę, co stanowiło bardzo miły akcent. Godzina odpoczynku, uzupełnienie wody. Raki na nogi, czekan w dłoń, związani liną. Można rozpocząć drugą część podejścia, którą stanowił dość stromy, pokryty grząskim śniegiem lodowiec. Już po paru krokach dotarło do mnie, że nie będzie to zadanie trywialne. Rzężę jak ruska lokomotywa, na szczęście reszta ekipy również do biegu się nie przymierza więc udaje mi się nie opóźniać marszu. Lodowiec z każdym krokiem staje się coraz bardziej stromy. Przekroczenie szczeliny dzielącej lodowiec na pół było przeżyciem dającym wiele radości, wszak pierwszy raz w życiu wbiłem ostrze czekana w lód. Za szczeliną lodowiec przybrał swą najbardziej stromą formę. Andrzej rzucił krótkie "Paweł, prowadzisz". No to prowadzę, czujnie i dokładnie. Szczęśliwie idący przed nami zespół francuskich wspinaczy wytyczył dla mnie szlak który doprowadził mnie wprost pod miejsce startu drogi skalnej. Wydeptaliśmy z Jackiem coś na kształt półeczki na której mogli byśmy wszyscy jakoś się pomieścić, zrobiliśmy pseudostanowisko z czekanów. Jedna pancerna kostka w ścianie i można zacząć się wspinać. Żaku pyta, czy mam jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy to przełoję. Droga wygląda łatwo, nie chce mi się nawet raków ściągać, że ja nie przełoję?. Trzy kroki później następuje paniczne osadzanie kości i błaganie o blok. Kość nie może się zdecydować czy ma zamiar siedzieć na tyle długo aby pozwolić mi zdjąć raki, czy może lepiej zafundować mi lot. Na szczęście podjęła słuszną decyzje. Bez raków wyciąg poszedł już gładko. Kierownik wyprawy wskazał swym palcem kierunek w którym powinna podążać dalsza droga, bez dłuższego zwlekania rozpocząłem wspinanie, szybko jednak okazało się, że coś tu jest nie tak, i po kilkunastu metrach, kolejna zakładana w panice kostka i kolejny blok pełen wiary w to, że jednak nie wyskoczy. Opuszczono mnie do stanowiska, a sprzęt został nam podrzucony przez zespół który aktualnie opuszczał ścianę. Dalej prowadził już Żaku, oczywiście nie udało się nam zrobić dwóch poprawnych wyciągów  po sobie, i wariacja na temat ostatniego wyciągu prowadzącego do półki biwakowej wywarła na mnie naprawdę spore wrażenie. Dość powiedzieć, że idąc na drugiego przeżyłem najbardziej stresujące chwile w swojej, poniekąd krótkiej wspinaczkowej karierze. Na szczęście udało mi się uniknąć nieprzyjemnego odpadnięcia. Udało mi się także zapewnić osobom słuchającym naszej komunikacji dość interesujące słuchowisko radiowe. Michał z Jackiem dołączyli do nas niebawem. Najlepszą część półki biwakowej zajmowała wielka kupa śniegu, część kategorii drugiej - dwójka francuzów. Nam dostał się skrawek odrobinę zjeżdżający w stronę krawędzi. Nie było to jednak specjalnie istotne, ważne było natomiast to, że wreszcie mogę się położyć. Jeszcze nigdy w życiu, nie byłem tak zmęczony, wyciągnięcie śpiwora najpierw z plecaka, a później z pokrowca stanowiło dla mnie spore wyzwanie. Na jedzenie nie miałem w ogóle ochoty, a przed ostatecznym pójściem spać pozwoliłem sobie zabawić uszy kolegów symfonią wymiotowania. Zapewniłem wszystkich, że gdybym się już nie obudził to nie żałuje, po czym zasnąłem. Reszta zespołu zniosła ten dzień nieco lepiej, choć oczywiście im również zmęczenie dało im się we znaki. Z powodu zmęczenia Andrzej profilaktycznie rozpiął poręczówkę i spaliśmy w uprzężach.

Dzień drugi i trzeci.

Obudziłem się około 6 rano. Z zadowoleniem stwierdziłem, że to już coś. Zadowolenie wywołało także przekonanie, że zawartość mojego żołądka, gdybym tak ową posiadał, z pewnością nigdzie by się nie wybierała. Reszta zespołu nadal spała lub spać próbowała. Zespół francuski właśnie wstawiał się w drogę. W końcu jakoś udało nam się wygrzebać ze śpiworów, i powoli zacząć konfrontować z rzeczywistością. Andrzej coś do mnie powiedział z czego zrozumiałem jedynie trzy słowa, których usłyszenia obawiam się zawsze, ..."chyba sobie odpuścimy". No cóż, Michał po chłodnej nocy w słabym śpiworze z zepsutym zamkiem czuł się fatalnie. Ja sam po przedstawieniu, jakie dałem poprzedniego wieczoru nie czułem, abym był w pozycji pozwalającej na negocjowanie takiej decyzji. Stwierdziłem więc, że trudno, ale czy w takim razie mamy jakiś plan zapasowy? Czy uciekamy z podkulonym ogonem do Polski...

Andrzej spojrzał na mnie jak na idiotę, nie po raz pierwszy, ani ostatni zresztą i sprecyzował, że propozycja odpuszczenia sobie tyczyła się porannej kawusi. Kamień spadł mi z serca. Michał stwierdził definitywnie, że zostaje na półce biwakowej, bo jak sam to określił, będzie się wspinał jak wór kartofli. Szybko zjadłem wyborne śniadanie, musli z pasztetem popite wodą ze stopionego śniegu, wywaliłem z plecaka wszystko, co niepotrzebne, i jeszcze trochę. W między czasie na półkę dotarł drugi wrocławski zespół, Krzysiu i Zuzia. Po krótkiej pogawędce ruszyli dalej w kierunku szczytu, w stylu budzącym zazdrość nie tylko w naszym zmasakrowanym zespole, ale także wśród innych wspinaczy przebywających aktualnie na ścianie.

Wspinanie rozpoczęliśmy około godziny 8. Większość drogi prowadził Żaku. W łatwym terenie kuluaru zastosowaliśmy asekurację lotną. Po przejściu kuluaru poprowadziłem jeden wyciąg. Zastosowanie dwóch lin pojedynczych zamiast liny podwójnej...umożliwiło co prawda wspinanie, ale... Uczucia jakie zapewnia podczas wspinania, układ ponad 100 metrów trącej grubej liny, z dodatkowym przyjacielem pod postacią plecaka mogę spróbować opisać, parafrazując jedno ze zdań wypowiedzianych w znanym i lubianym polskim filmie.

Tak robili do XII w. chłopi, zakładali wspinaczom homonto i orali nimi pole. Lepsza jednak taka lina niż żadna. Zajęło mi niemal cały wyjazd aby pojąć, że asekuracja w górach wcale nie jest po to żeby sobie krzywdy nie zrobić, asekuracja w górach służy po to aby się nie zabić spadając 600m do lodowca. To w kontekście zakładania średnio 4 przelotów opartych oczywiście na własnej asekuracji na kilkudziesięciometrowych wyciągach. Na jakieś 4 wyciągi przed szczytem spotkaliśmy zespół francuski który obudził nas rano. Francuzi zdecydowali się na odwrót, my oczywiście postanowiliśmy iść dalej. Następny wyciąg miał prezentować trudności piątkowe, prowadzenie przypadło mnie. Oczywiście na samym starcie pobłądziłem, co wiązało się z koniecznością dość stresującego spełzania w dół. W końcu udało mi się znaleźć coś co wydawało się być poprawną linią. Przegięcia na linie - nie ma sensu o nich więcej pisać. W momencie, kiedy wyciąg zaczyna prezentować swoje trudności ekspozycja staje się naprawdę godna podziwu. Kilka kostek dalej byłem już na końcu piąteczki. Dalsza droga w kierunku szczytu przebiegła gładko, Żaku pokonał ostatni wyciąg hakowo i o godzinie 17 nasza trojka siedziała już okrakiem na szczycie Igły Republiki.

Byliśmy nieco zaskoczeni, że udało nam się zdobyć szczyt, wszak styl i prędkość w jakim pięliśmy się mozolnie w górę nie rokował pozytywnego zakończenia tego przedsięwzięcia. Jednak niezaprzeczalnie udało się nam… a właściwie udała się nam połowa, trzeba przecież jeszcze zejść na dół. Właściwie natychmiast po usadzeniu się na wierzchołku rozpoczęliśmy przygotowania do zjazdu, poganiały nas w tym wszystkim chmury zbliżające się nieubłaganie oraz towarzyszące im zimno. Perspektywa niechybnie nadchodzącej nocy również nie pozostawała bez znaczenia. Po około 30 minutach rozpoczęliśmy zjazd. Główną moją motywacją do sprawnego poruszania się w dół była oczywiście puchówka czekająca cierpliwie w plecaku pozostawionym kilka wyciągów poniżej szczytu igły. Puchówka, skarb, dobro najwyższe, złoto szczere, ideał… Miałem teraz przekonać się dlaczego Żaku już od jakiegoś czasu wyrażał się bardzo negatywnie na temat konieczności stosowania zjazdów w górach. Okazało się bardzo szybko, że nie mają one wiele wspólnego z przyjemnym opuszczaniem się w głąb jurajskich jaskiń czy opuszczonych kopalń. Po pierwsze zjazdy z igły ciągnęły się w nieskończoność, po drugie zmęczenie zarówno fizyczne jak i psychiczne dawało się mi już we znaki, po trzecie punkty z których zjazdy są wykonywane ustępują „nieco” swoją solidnością pancernym stanowiskom do jakich używania zdążyłem się  już przyzwyczaić. Wszystko szło w miarę sprawnie dopóki działaliśmy w świetle kończącego się dnia. Wraz z nastaniem zmroku sprawa znaczenie się skomplikowała. Nie wzięliśmy pod uwagę, że księżyc jest dokładnie w fazie nowiu, a w nocy panować będą kompletnie nieprzeniknione ciemności. Znajdowanie kolejnych stanowisk było sprawą mocno losową, Żaku odwalił kawał dobrej roboty sprowadzając nas powoli, acz konsekwentnie coraz to niżej. W nocy zrobiło się naprawdę zimno, puchówka puchówką ale nogi… pozostawienie spodni polarowych na półce biwakowej uważam za kardynalny błąd. Naszą wędrówkę w dół nieubłaganie spowalniała ciągle zacinająca się lina. Siła rąk trenowanych długimi godzinami na sztucznej ściance przydała się dopiero podczas zjazdów, przedramiona dostały w kość bardziej podczas zdzierania tego trącego ścierwa w dół, niż podczas samej dziesięciogodzinnej wspinaczki. Raz lina zablokowała się dokumentnie i nawet wieszanie się na niej całym ciężarem ciała, czy ciągnięcie wspólnie w trójkę nie robiło na niej najmniejszego wrażenia. Na szczęście Żaku poczłapał w górę w celu odblokowania liny. Muszę przyznać, że ja jakoś do tej roboty specjalnie się nie paliłem i byłem zadowolony, że Andrzej postanowił ją odwalić bez zbędnych dyskusji. Ostatecznie pomyliliśmy nieco drogę zjazdów i nie mieliśmy pewności, czy zjazd ostatni będzie naprawdę ostatnim, czy też będzie trzeba go robić na dwa razy. Pojechałem pierwszy, sytuacja nie była w stu procentach klarowna, ale uznałem, że liny jednak nie wystarczy. Zatrzymałem się więc w ostatnim miejscu w którym można było założyć kolejne stanowisko. Chcąc przedyskutować sprawę z resztą zespołu podjąłem próbę komunikacji głosowej. Okazało się, niestety, że łatwiej będzie mi moim darciem mordy wywołać lawiny na sąsiednich szczytach, niż dogadać się z kolegami. Na szczęście byłem w stanie dość łatwo komunikować się z Michałem czekającym na półce biwakowej. I tak to ja krzyczałem do Michała a Michał do Jacka i Żaka. Kiedy wszyscy już dotarliśmy do biwaku, zaczynało świtać. Krótki sen, odrobina jedzenia i wody. Wyruszyliśmy w kolejne zjazdy, tym razem już w ciepłych promieniach słońca. Drogę oczywiście pomyliliśmy. Krzysiu obserwując całą sytuację z dołu nakierował nas na poprawną linie zjazdów. Dzięki temu zabiegowi udało się jemu i Zuzi odzyskać jedną z żył liny podwójnej, którą byli zmuszeni pozostawić poprzedniego dnia podczas opuszczania ściany. Zejście lodowcem poszło znacznie szybciej niż wejście, szybka herbatka w obozie znajomych i już wszyscy razem mogliśmy udać się czym prędzej w kierunku stacji kolejki. Od samego początku pojawiły się wątpliwości, czy zdążymy. Czasu było na przysłowiowy styk. Schodziliśmy w milczeniu po tej samej ścieżce którą przyszliśmy. Siły jednak już nie te, co podczas podejścia. Zejście nauczyło mnie, że kijki trekingowe to jednak fajny wynalazek. Mogłem tylko sobie wyobrazić o ile zejście na moich zmęczonych nogach z ciężkim plecakiem w tym terenie stało by się przyjemniejsze gdybym tak owe kijki posiadał. Kijków jednak nie miałem i raz o mały włos skręcił bym kolano, innym razem kostkę. Na szczęście obyło się bez kontuzji. Bez kontuzji, ale za wolno… Rzeczywistość jest nieubłagana i pomimo niedopuszczania przez nas do siebie myśli że na kolejkę faktycznie się spóźnimy…spóźniliśmy się minut pięć. No cóż, płakać przecież nie będziemy, po prostu trzeba zejść kolejne 900m niżej. Pić się wszystkim chciało niemiłosiernie, znów schodziliśmy w pośpiechu, tym razem obawialiśmy się wieczornego zamknięcia sklepów.  Dotarliśmy jednak do celu na czas, uzupełniliśmy zaopatrzenie, wypiłem jedną z najlepszych puszek coli jakie miała okazję wyprodukować wytwórnia. Dalej był już tylko odpoczynek i wspominanie niedawnych wydarzeń. Następnego dnia udaliśmy się w podróż powrotną do Polski. Krzysiek i Zuzia, zostali aby łoić dalej.

 

Chciałbym podziękować serdecznie moim kompanom za naprawdę świetny wyjazd. Wyjazd, który nie tylko wywarł na mnie ogromne wrażenie, bo przecież był to mój pierwszy raz w prawdziwych górach, ale także nauczył mnie sporo oraz, co chyba najważniejsze pokazał, że góry są miejscem dostępnym przy włożeniu minimalnego wysiłku. Wyjazd pokazał, że wystarczy chcieć, aby móc wspinać się w miejscach które jak do tej pory mogłem jedynie oglądać na monitorze komputera. Chciałbym także pogratulować Michałowi, który był w stanie podjąć decyzję o zaprzestaniu wspinania, kiedy nie czuł się już na siłach. Przez to czekał na nas samotnie przez nieomal dwadzieścia godzin, na niewielkim skrawku półki biwakowej. Nie jestem pewien, czy mnie stać by było na wysłuchanie zdrowego rozsądku w podobnej sytuacji.

 

 

 

 




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.