KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

[sigplus] Critical error: Image gallery folder 2014_08_JuHöFoLa/21.jpg is expected to be a path relative to the image base folder specified in the back-end.

Międzynarodowy Obóz Treningowy dla Młodych Grotołazów

JuHöFoLa 2014

autor: Agnieszka Noculak

International Training Camp for Young Speleologists on the Swabian Alb – ten krótki komunikat, na polskiej stronie internetowej poświęconej speleologii, od razu wzbudził nasze zainteresowanie. Zajęcia z hydrologii, klimatologii, biologii czy też kartowania sugerowały, że możemy tam nie tylko przyjemnie spędzić czas, ale też przy okazji nauczyć się czegoś nowego. Podjęcie decyzji o wyjeździe nie było proste. Spore grono zainteresowanych odebrał nam, odbywający się w tym samym czasie, wyjazd w Alpy. Z całej sekcji na wakacje w Niemczech zdecydowaliśmy się tylko ja i Adam.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/21.jpg{/gallery}

W stronę naszych zachodnich sąsiadów wyruszyliśmy z samego rana 1. sierpnia 2014 r. Podróż była długa, ale czas umilały nam przeboje takie jak: „Deszcze niespokojne” czy też „Bielyje rozy”. W godzinach wieczornych osiągnęliśmy cel naszej podróży. Na miejscu powitała nas Petra (członek lokalnego klubu speleologicznego), która od razu zaprosiła nas, byśmy dołączyli do reszty podczas kolacji. Znając warunki życia obozowego zaopatrzyliśmy się z Adamem w menażki. Jakież było nasze zdziwienie gdy zobaczyliśmy, że pozostali korzystają z dużych talerzy, na których wygodnie mogli rozmieścić sobie smakołyki z bogato zastawionego stołu. Radząc sobie jak tylko mogliśmy w niewygodnych menażkach spałaszowaliśmy kolację i zaczęliśmy szukać dobrego miejsca na rozbicie namiotu i napompowanie materacy. Obawiałam się zwłaszcza ostatniej czynności, gdyż pompka do mojego materaca nie jest z nim do końca kompatybilna, gdyż nie mam właściwej przejściówki. Na szczęście okazało się, że Adam boryka się z tym samym problemem i idealnym rozwiązaniem okazała się… zamiana pompek. Pasowały jak ulał. No i zaczęliśmy pompować. Mi przypadł do pompowania większy materac (jak Adam zauważył: „Przecież mamy równouprawnienie”), więc zabrałam się do pracy. Gdy byłam mniej więcej w połowie pracy spojrzałam jak radzi sobie mój kolega. Otóż, Adam oparł ręce na biodrach i stojąc w dumnej pozie lustrował wzrokiem cały obóz, a mój materac… prawie odlatywał!!! Dopiero mój okrzyk sprowadził go na ziemie i Adam szybko wypuścił nadmiar powietrza, który wpompował. Uradowana tym, że mój materac jednak przeżył konfrontację z kolegą poszłam spać.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/16.jpg{/gallery}

Pierwszy dzień nie zapowiadał się pracowicie. Śniadanie na bogato! Muszę przyznać, że tak zróżnicowanego menu jak nam zaserwowano (kilka rodzajów sera, szynki, dżemów, musli i owoców), nie mam nawet na co dzień w domu. O godzinie 12 zostaliśmy wszyscy oficjalnie powitani przez osoby z Klubu Speleologicznego w Blaubeuren oraz krótko przeszkoleni. Następnie zaproszono nas na zajęcia z technik linowych, aby przekonać się co potrafimy i jakie mamy braki. W obozie oprócz nas wzięła udział szóstka Słoweńców (jeden kwalifikowany ratownik oraz młodzież w wieku 15-16 lat) oraz kilkoro Niemców. Zajęcia na drzewach przeszliśmy z Adamem pozytywnie, więc następnego dnia otrzymaliśmy propozycję, by spróbować swoich sił w Steebschacht, czyli w jaskini znajdującej się na prywatnej posiadłości, gdzie nadal trwają prace mające na celu odkrycie nowych korytarzy. Ponieważ jaskinia ta nie jest rozległa, w ramach wolnego czasu zgodziliśmy się pomóc przy kopaniu. Głodni po kilku godzinach spędzonych pod ziemią wróciliśmy do obozu a tu niespodzianka – pięknym czerwonym wozem przyjechała p. Basia z kolacją. Warto wspomnieć, że p. Basia jest przesympatyczną osobą, a w dodatku prowadzi tutejsze Koło Gospodyń i gotuje wyśmienicie. Pod koniec naszego wyjazdu nawet próbowaliśmy przekonać ją, żeby wybrała się z nami na zbliżającą się niedługo wyprawę do Czarnogóry w roli głównego szefa kuchni. Niestety, obowiązki domowe nie pozwoliły jej na to, więc nie pozostało nam z Adamem nic innego jak jeść „na zapas”, gdyż wiedzieliśmy, że nasze menu w Czarnogórze nie będzie tak bogate.

Drugiego dnia z samego rana obudził nas głośny gong. „O co chodzi?” pomyślałam rozespana. Jak się później okazało była to Petra bijąca z impetem w metalową tarczą. Dźwięk ten towarzyszył nam już każdego poranka przez cały obóz. Śniadanie niczym z trójgwiazdkowego hotelu i pierwsze zajęcia. Adam wybrał elektronikę, ja zaś postanowiłam spróbować swoich sił jako fotograf. Pożyczyłam aparat od Adama i wraz z kilkorgiem osób udałam się do jaskini turystycznej, w której specjalnie na nasze potrzeby pogaszono światła. Kilka cennych rad od Jochena i rozpoczęłam sesję fotograficzną. Moim największym osiągnięciem okazało się uchwycenie kropli formującej się na małym stalaktycie. Dumna po powrocie pokazałam zdjęcia Adamowi. „O, widzę, że dużo się nauczyłaś” powiedział z ironią Adam przeglądając na szybko zdjęcia, z których ok. 2/3 było całkowicie ciemnych. Jednak gdy pokazałam mu 2 udane zdjęcia (z ok. 30) pokiwał z uznaniem głową.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/25.jpg{/gallery}

Dzień trzeci. Ponieważ wczoraj odwiedziliśmy tylko jaskinię turystyczną, a miałam ochotę pozwiedzać „prawdziwą” jaskinię zapisałam się na zajęcia z biologii. Dodam tu, że nie jest to moja ulubiona dziedzina nauki, zwłaszcza gdy obiektem badań są małe i szybko biegające robaczki, ale cóż, zaważyła chęć wejścia do jaskini. Adam pragnąc się zrelaksować w ciepłym słoneczku wybrał zajęcia o klimacie. Szybkie przeszkolenie teoretyczne, prezentacja mikroskopu, czyszczenie tzw. pułapek (czyli plastikowych pudełek oraz probówek) i już siedziałam w aucie w drodze do Bärentalhöhle, około 450 metrowej poziomej jaskini, w której ciasnota korytarzy pozwala na jej zwiedzanie głównie czołgając się. Ponieważ głównym celem tej wizyty było zaznajomienie nas z fauną jaskiniową przy wejściu dostałam probówkę wypełnioną w 1/3 etanolem oraz polecenie, by zebrać do niej po jednym z gatunków zwierząt, jakie znajdziemy. Ponieważ serce mam raczej miękkie i nie chciałam topić „braci mniejszych” skupiłam się na szukaniu istot już nieżywych a każdemu spotkanemu żywemu pajączkowi czy też owadowi w duchu radziłam szybko uciekać. Podobna procedura i trochę bardziej wymyślne pułapki czekały nas również wewnątrz jaskini. Zmieniały się tylko zwierzęta, które napotykaliśmy. U wejścia jaskini pełno było much, komarów oraz pająków. W pamięci pozostanie mi zwłaszcza Meta Menardi, czyli popularny sieciarz jaskiniowy, gatunek pająka, który osiąga prawie 2 cm i co tu dużo pisać, którego raczej wolę unikać w ciasnych korytarzach. Wewnątrz jaskini spotykaliśmy już mniejsze zwierzęta, takie jak Collembola (Skoczogonki), ku mojej uciesze już o normalnych rozmiarach rzędu pojedynczych milimetrów. Wieczorem oczekiwana wizyta p. Basi oraz wiadomość, która zszokowała nas wszystkich – codzienny dostęp do pryszniców. Dodam, że na obozach speleologicznych możliwość umycia się to wielki rarytas i najczęściej już dostęp do rzeki jest prawdziwym błogosławieństwem, a tu udostępniono nam piękne prysznice w odległej o ok. 5 km hali sportowej. Dzień dobiegał końca i myślałam, że mogę nareszcie zapomnieć o małych istotkach z jaskini. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna, bowiem nasz namiot stał się celem codziennych wizyt całej chmary szczypawic. Dla kontynuacji pokuszę się też o łacińską nazwę: Forficula auricularia. Brzmi ładnie, prawda? Niestety, robaczki ją noszące do ładnych już nie należą. Na szczęście, jak na dość zgrany zespół przystało, do mojej roli ograniczyło się jedynie wskazywanie tych małych, szybko poruszających się obiektów, a ich eksmisją zajął się Adam, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/28.jpg{/gallery}

Kolejny dzień to kontynuacja zajęć z biologii. Zmieniła się jednakże lokalizacja. Pojechaliśmy pod otwór jaskini Vetterhöhle. Nie potrzebowaliśmy uprzęży, gdyż z otworu na dół prowadził system drabin. Nieco ekwilibrystyczne okazało się zbieranie owadów podczas schodzenia po nich, ale poradziliśmy sobie. Jaskinia Vetterhöhle znacznie różni się od jaskini, w której byłam dzień wcześniej. Sale były tu przeogromne, lecz w większości zalegały w nich różnej wielkości odłamki skalne. Dech zapierał olbrzymi odłam skalny oparty o mniejszą, popękaną skałę, pod który musieliśmy wejść, uważając, by nie naruszyć delikatnej konstrukcji. Jaskinia Vetterhöhle charakteryzuje się też sporym stopniem zabłocenia. Zdziwił mnie komunikat ze strony Arndta (16-latka, który był członkiem lokalnego klubu) by zachować znaczne odstępy między sobą i w miarę szybki marsz podczas przejścia przez jeden z korytarzy. Zastanawiałam się: „Po co to?”. Odpowiedź uzyskałam już po przejściu kilku kroków. Warstwa błota była na tyle głęboka, że zapadaliśmy się po kolana i już po chwili byłam unieruchomiona. Przestałam się przejmować tym, że błoto już dawno dostało się do moich kaloszy, a skupiłam na tym, żeby ich nie zgubić, pomagając sobie ręką przy wyciąganiu stóp z grząskiej mazi. Punktem kulminacyjnym naszej wyprawy była przeprawa pontonem. Aby się na niego dostać trzeba było bezpośrednio z drabiny wślizgnąć się do niego, co nie było takie proste. Potem kilka machnięć wiosłem i dostawało się na błotną mieliznę, przez którą trzeba było ponton przenieść. Po drugiej stronie można już było spokojnie rozkoszować się wodną przejażdżką.

Kolejny dzień to trzecia już odsłona kursu z biologii. Ponieważ nie pałałam zbytnią chęcią oglądania z bliska, przez mikroskop, znalezionych stworzeń (a dodatkowo tego samego dnia odbywał się kurs z hydrologii, na który chcieliśmy od samego początku iść z Adamem), zdezerterowałam i opuściłam grupę biologiczną. Dzień zapowiadał się pięknie. Naszym zadaniem był pomiar strumienia przepływu rzeczki znajdującej się w pobliżu. Pierwszym krokiem było oczyszczenie fragmentu koryta z kamieni i roślin. Następnie, rzucając liście na wodę, mierzyliśmy prędkość ich przepływu, która była niezbędna do dalszych obliczeń. Druga część ćwiczenia miała polegać na porównaniu uzyskanych wyników, z wynikami odczytanymi za pomocą urządzenia elektronicznego. Niestety pogoda popsuła się i mokre mięliśmy już nie tylko stopy. Po zakończeniu tej części kursu, całkowicie przemoczeni, pojechaliśmy w inne miejsce, by spróbować innej metody w „nieco szybszym” nurcie rzecznym. Na miejscu okazało się, że nurt rzeczny jest nadspodziewanie szybki, a w dodatku znaczny przybór wody spowodował, że zwykłe kalosze nie były wystarczające. Utworzyliśmy dwie grupy polską i słoweńską i za pomocą konduktometru mierzyliśmy stopień zasolenia, po wcześniejszym wrzuceniu do rzeki kilku kilogramów soli. Zmiana jej koncentracji w czasie pozwalała na pomiar prędkości przepływu wody.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/06.jpg{/gallery}

W piątek czekała nas krótka wycieczka autokarowa podczas której mogliśmy obejrzeć jaskinię turystyczną, muzeum speleologiczne oraz rozmaite formy ukształtowania terenu charakterystyczne dla tego regionu. Nad tym, aby nic nie uszło naszej uwadze czuwał Jochen, starannie udzielając nam wszystkich informacji, które świadczyły o jego olbrzymiej wiedzy z dziedziny geologii i speleologii. Wieczorem, ku naszej przeogromnej uciesze, odwiedziło nas dwoje biologów, którzy przynieśli ze sobą nietoperze będące tymczasowo pod ich opieką. Mogliśmy je nakarmić robakami (czym z chęcią zajęli się młodzi Słoweńcy), a następnie wysłuchać prezentacji, aby poznać zwyczaje tych niezwykłych stworzeń. Później całą grupą udaliśmy się do pobliskiej miejscowości Balubeuren, gdzie nad stawem o wieczornej porze nietoperze ruszają na polowania. Dzięki przyniesionemu detektorowi mogliśmy słuchać dźwięków przez nie wydawanych.

Sobota była dniem wolnym. Można było odwiedzić pobliską jaskinię wodną. Niestety ponieważ oboje z Adamem nie dysponowaliśmy kostiumem neoprenowym zdecydowaliśmy się pomóc Marcusowi przy pracach podczas kopania Schachtu III, który ma w przyszłości zastąpić istniejące obecnie zejście do Vetterhöhle.

W kolejnym tygodniu czekały nas zajęcia z kartowania, czyli tworzenia planów i przekrojów jaskiniowych. Od bardzo dawna chciałam tego spróbować, więc bardzo się ucieszyłam. Rozpoczęliśmy naukę od kartowania za pomocą klasycznych przyrządów, takich jak: miara, inklinometr i kompas. Po krótkim przeszkoleniu na terenie obozu, następnego dnia udaliśmy się do pobliskiej sztolni, aby wykonać jej plan. Mi w obsłudze przypadł inklinometr, natomiast Adama zadaniem było zdejmowanie wymiarów poprzecznych sztolni. Po powrocie do obozu na podstawie odczytów wykonaliśmy własne profile na papierze milimetrowym. Było to dobre zajęcie praktyczne, które miało na celu pokazać nam jak krok po kroku wygląda tworzenie planów i jak to się robiło w przeszłości. W praktyce nikt w jaskiniach nie stosuje obecnie kilkumetrowych miar, ze względu rozległe przestrzenie, jakie można tam spotkać. Popularnym przyrządem mierniczym w środowisku grotołazów jest DistoX, czyli laserowy dalmierz, który odpowiednio skalibrowany, po naciśnięciu jednego przycisku odczytuje odległość, azymut i kąt upadu. Ponieważ Adam posiada już spore doświadczenie w jego obsłudze, pokrótce wyjaśnił nam i pokazał w praktyce, jak za jego pomocą sporządzić plan jaskini.

{gallery width=320}2014_08_JuHöFoLa/17.jpg{/gallery}

Dwa tygodnie obozu szybko mijały… Udało nam się odwiedzić jeszcze bardzo ciekawą pionową jaskinię, w której przepinki ulokowane w ciasnych korytarzach stanowiły czasem nie lada problem, zwłaszcza dla młodszych uczestników obozu. Ostatniego dnia wszyscy wspólnie udaliśmy się po raz ostatni do jaskini Bärentalhöhle, aby razem wynieść kilkaset worków z piaskiem. Jest to praca niełatwa, ze względu na wspomniane wcześniej wąskie przejścia obecne w tej jaskini i wymaga współpracy wielu osób.

Osobiście bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tym obozie. Spędziłam tam miło czas, nauczyłam się wielu przydatnych rzeczy oraz poznałam wiele przesympatycznych osób. Z całą pewnością JuHöFoLę mogę polecić wszystkim entuzjastom speleologii, bo czy może być coś lepszego niż nauka przez zabawę?

Zapraszamy do obejrzenia pełnej galerii: 2014 - JuHöFoLa




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.