KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

autor: Agnieszka Noculak

Wybiła 13.30 dnia 30-go grudnia 2014r., a więc w drogę!!! Celem naszej podróży były, położone u stóp Doliny Kościeliskiej, Kiry. Pod mój blok zajechał Arielowóz z Jagodą, no i samym kierowcą we własnej osobie – Arielem. Podróż do Brzegu (miejsca zamieszkania kolejnego kolegi z naszej ekipy – Piotrka) upłynęła nam na wspominaniu minionych Świąt oraz snuciu planów trekkingowych w Tatrach. Dołączenie Piotrka zmniejszyło co prawda nasz komfort przestrzenny w aucie, ale zapewniło dodatkową nutkę humoru i kolejny głos w dyskusji. Podróż mijała przyjemnie. W Tychach miała do nas dołączyć Ala, którą mieli tam dowieź rodzice po wspólnym wypadzie na narty. Ponieważ byliśmy lekko spóźnieni, zdecydowaliśmy się na podróż szybszą trasą. Przy wjeździe na autostradę moją i Jagody czujność wzbudziło pytanie Piotrka: „Naprawiłeś to już?” i przecząca odpowiedź Ariela. Tylko chwilę zastanawiałyśmy się o co może chodzić, bo po całkowitym otwarciu okna i wzięciu bilecika, szyba… pozostała już w tej pozycji. Co z tego zapamiętam?? Temperaturę ok. -15 °C, Ariela przyciśniętego do kierownicy (aby nie wiało mu po plecach), Piotrka jedną ręką majstrującego przy przycisku służącym do sterowania szybą, a drugą próbującego wyciągnąć szybę oraz siebie i Jagodę ubierające się szybko w co popadnie i kryjące za kurtką Ariela. Po 5 minutach szamotaniny szyba w końcu się „poddała” naciskowi ze strony Piotrka. Dalsza podroż do Tych minęła spokojnie, oprócz oczywiście zjazdu z autostrady, gdzie Ariel ponownie spróbował swojego szczęścia z szybą, pomimo naszych nalegań by jednak otworzył drzwi. Tym razem szyba poddała się po ok. 15 minutach ;)

Dotarliśmy do Tych. Tu chwilę poczekaliśmy na Alę i jej rodziców. Ponieważ byliśmy już zapakowani dość ciasno w aucie, zastanawialiśmy się, jak zmieści się dodatkowy plecak Ali, jej narty i buty narciarskie… Zaczęło nam brakować naszego kolegi Andrzeja, który potrafi w takich chwilach wypełnić każdy cm3 wolnej przestrzeni w aucie. Jakimś cudem, wielkim trudem, udało się! Zostały nam jeszcze zakupy… Początkowo w planach mieliśmy zrobienie ich w Zakopanym po wypakowaniu bagaży w Kirach, ale niestety późna godzina zmusiła nas do zrobienia ich po drodze. Ala, Ariel i Piotrek szybko uwinęli się w Biedronce (my z Jagodą byłyśmy już unieruchomione na stałe w aucie). Na jednym z ostatnich skrzyżowań na drodze do celu, Ariel upewniając się, że może jechać zapytał Piotrka czy droga jest wolna. Piotrek ze spokojem ale i ironią odparł: „Nie widzę żadnych przeszkód” gdyż przez oszronione boczne szyby generalnie nie było nic widać ;) O godzinie 21.30 zameldowaliśmy się w Kirach.

Przywitaliśmy się z resztą ekipy, rozpakowaliśmy i zaczęliśmy ustalać co robimy jutro. Część osób (w tym 4/5 naszej ekipy Arielowozu) już wcześniej miało w planach Rysy, więc ja dołączyłam do grupy snującej plany Giewontowe.

Wcześnie rano dwa auta ruszyły w kierunku Kuźnic, aby niebieskim szlakiem udać się na szczyt jedynej góry w Tatrach, którą zdobi krzyż. Na podbój Giewontu wyruszyli w kolejności alfabetycznej: Agnieszka (ja), Andrzej, Beata, Filip (lepiej znany jako „8”), Maciej, Marcin, Ola oraz Wojtek, czyli grupa początkujących taterników. Już pierwszy odcinek asfaltowy dał nam się we znaki. Cały nasz „peleton” na tym odcinku zamykałyśmy my z Beatką. Ponieważ miało być zimno ubrałyśmy się porządnie i już po kilkuset metrach pożałowałyśmy tego. No i pierwszy marsz z kijkami. Tu za długie, tu za krótkie… Beata w końcu ustawiła odpowiednią długość, a ja zniecierpliwiona chwyciłam je w połowie i stwierdziłam, że poczekam i zacznę ich używać jak w końcu ich długość będzie pasować do kąta nachylenia powierzchni. Z przygnębieniem uznałyśmy, że chyba będziemy tworzyć grupę pod-Giewontową, bo reszta ostro uciekła nam do przodu. Krótkie podejście niebieskim szlakiem i pierwszy postój na Hali Kondratowej. Zamrożony baton musli (od razu przypomina mi się historia, którą opowiadał kolega – o wspinaczu, który spadł z dużej wysokości nic sobie nie robiąc, a następnie złamał ząb na zamrożonym batonie…), kubek ciepłej herbaty z termosu i można ruszać dalej. Kilkanaście minut później podejście zrobiło się bardziej strome, a więc pora ubierać raki!!! Najbardziej ucieszył się z tego  Filip, bo chodząc w rakach mniej obcierały go buty. Beatka szybko założyła swoje raczki i niczym himalaistka ruszyła samotnie rozpoczynając atak szczytowy, podczas gdy my męczyliśmy się z paskami od raków. Dalsze podejście było męczące, ale spacer w rakach nie był tak uciążliwy jak początkowo sądziłam. Na Kondracką Przełęcz dotarliśmy z Andrzejem parę minut po Beacie. Krótka sesja zdjęciowa z Giewontem w tle i ruszyliśmy dalej. Andrzej miał pewne problemy z rakami, a że nie kazał na siebie czekać, to ruszyłam dalej by dogonić Beatę. Spotkałyśmy się parę chwil później i kontynuowałyśmy podejście już razem. W końcu dotarłyśmy do słynnych łańcuchów. No i tu chwila namysłu – kije do jednej ręki czy też je przytroczyć i polegać na samych łańcuchach? Ponieważ ta chwila, a później przytraczanie kijków trwały trochę dłużej, zdążyli nas dogonić Andrzej z Wojtkiem. Ostatnie metry i z satysfakcją we czwórkę mogliśmy usiąść pod metalowym krzyżem. Nie muszę chyba opisywać jak miło je się kanapkę patrząc na ośnieżone szczyty oświetlone blaskiem słońca. Chwila odpoczynku i nagle ŁUUUUUP!!! Wielki płat śniegu z krzyża spadł prosto na głowę Beatki, która to ze śmiechem otrzepała się, lecz już nie chciała siedzieć dalej w tym samym miejscu. Po dotarciu wszystkich zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy tym samym szlakiem w kierunku Kuźnic, by po długim dniu upolować coś na kolację.   

 

autor: Paweł Ruda

Decyzji o tym, że sylwestra spędzimy w górach w zasadzie podejmować nie trzeba było. Znalezienie odpowiedzi na pytanie, w których górach także nie nastręczało zbyt wielu problemów. Kwestią wymagającą odrobiny zastanowienia było natomiast określenie tego, co tej zimy w tatrach zamierzamy zrobić.  Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że wypowiadam się w imieniu swoim, Magdy i Michała. Mając w pamięci dwa zeszłoroczne wyjazdy postanowiliśmy sprawdzić, co by było gdyby było łatwo, lekko i przyjemnie. Z tego względu wybór padł na Rysy oraz fragment orlej perci, po szlakach, bez szaleństw. Założyliśmy także, że spać będziemy w łóżkach oraz postaramy się najlepiej jak potrafimy unikać nocnego schodzenia w nieznanym terenie.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu tuż przed naszym wyjazdem, wiosenna grudniowa pogoda ustąpiła miejsca prawdziwej zimie.  Temperatura spadła znacznie poniżej zera, góry oprószyło śniegiem. Zagrożenia lawinowego praktycznie nie było, żyć nie umierać.

Aby spełnić warunek schodzenia z gór w świetle dnia wyjść ze schroniska należy odpowiednio wcześnie powiedzmy, że o 7 rano… No tak, ale oczywiście nie śpimy w schronisku, dlatego trzeba odjąć dwie godziny snu na dojście z Palenicy Białczyńskiej. Tam też nie śpimy, kolejna godzina na dojazd, kolejna na ogarnięcie się rano i wychodzi z tego, że trzeba wstać około drugiej. Nie wszyscy byli tym pomysłem zachwyceni no, ale jak trzeba to trzeba

Wysiadamy z auta jest dobrze, pogoda jak należy, -23 jeśli dobrze pamiętam, śniegu nie dopadało, godzina dobra. Niesamowite czyżby miało być normalnie? Jedyną rysą na tym sielankowym obrazie był fakt, że dzień wcześniej się rozchorowałem, czułem się naprawdę kiepsko, ale kto by się takimi bzdurami przejmował. Przeziębienie jest o stokroć mniej irytujące niż zła pogoda, więc niech i tak będzie.

Nawet te 9 km asfaltu mnie nie zirytowało… chwila odpoczynku w schronisku, szybkie przejście na przełaj przez Morskie Oko, no i w zasadzie nie pozostaje nic innego jak iść do góry. 1100 metrów przewyższenia od tafli jeziora do szczytu, całkiem przyzwoicie. Szlak jest naprawdę łatwy i wydaje się być dla mojego niewprawnego oka także bezpieczny. Podejście istotnie męczące, no ale z drugiej strony jak miało by nie być męczące skoro się nie trenuje.

Przyznam szczerze, że słuchając opowieści niektórych osób, oraz czytając wypowiedzi na forach internetowych spodziewałem się szlaku znacznie trudniejszego.  Chociaż nie, przeczuwałem spisek w tej kwestii, spisek, który doprowadził do tego, że zabraliśmy uprzęże, liny i nawet kilka ekspresów.  Zgodnie z moimi oczekiwaniami nikt liny nawet nie wyciągnął z plecaka. Jedynie ostatnie kilkanaście metrów szlaku prezentowało się przyzwoicie, ale asekurowanie się tam to już by była przesada.

Na szczycie widoki ładne, zimka szczypie w nos… chwila na zdjęcia, coś do jedzenia, herbatka. No i trzeba schodzić. Czas mieliśmy chyba w granicach normy, można było spokojnie bez pośpiechu zejść do schroniska, dokładnie tak jak chcieliśmy. 

 

 

autor: Michał Kamiński

Wyjazd zbliżał się ku końcowi. Razem z Alą postanowiliśmy spróbować swoich sił we wspinaniu zimowym. Wybór padł na Drogę Robakiewicza na Mnichu. Trzy wyciągi o trudnościach do III - idealna propozycja na początek zimowej przygody. Wieczorem wypełniliśmy plecaki linami i resztą niezbędnego sprzętu, aby z samego rana z entuzjazmem wyruszyć w drogę. Krótka drzemka w busie do Palenicy Białczańskiej, a następnie koszmar podejścia do Morskiego Oka. Napędzani wizją coraz bliższego wspinania pokonywaliśmy kolejne kilometry piekielnego asfaltu. Po dojściu do schroniska okazało się, że tego dnia nie będzie nam dane podziwiać pięknych ścian otaczających staw. Wszystko spowite było gęstą mgłą. Padający śnieg dodatkowo pogarszał widoczność. Jednak takie szczegóły nie mogły ostudzić naszego zapału. W końcu czekało na nas pierwsze zimowe wspinanie! Przerwa na ogrzanie się w schronisku i wyruszamy w dalszą drogę. Wkroczyliśmy na żółty szlak prowadzący w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Podejście stało się nagle o wiele przyjemniejsze. Wraz z wysokością przybywało śniegu, a ślady na ścieżce zanikały. Miejscami zapadaliśmy się po pas. Naszego entuzjazmu nie ostudził nawet wiatr, który nagle uderzył w nasze twarze masą lodowych kryształków. Na rozwidleniu szlaków stało się dla nas jasne, że dziś się nie powspinamy. Nie mieliśmy najmniejszych szans, aby w rozsądnym czasie znaleźć naszą ścianę. Warunki robiły się coraz cięższe. W siłę rósł nie tylko wiatr, ale i opady śniegu. Widoczność również nie ulegała poprawie. Dodatkowo szlak czerwony był w ogóle nieprzetarty. Zapytałem Alę, czy zawracamy. Odpowiedzią był jedynie ruch głowy w szczelnie zaciśniętym kapturze. Mógł on oznaczać tylko jedno. Nie zawracamy. Idziemy dalej. Przecież jest fajnie! Nie zamierzałem się kłócić, mi też się podobało. Skoro dziś się nie wspinamy to chociaż nacieszymy się tym co góry nam dają. I cieszyliśmy się. Do czasu kiedy orientacja stała się zbyt trudna. Wkoło było widać jedynie biel. Żadnego punktu odniesienia. W tym momencie zgodziliśmy się w kwestii odwrotu. Nasze ślady zniknęły całkowicie, jednak bez problemu trafiliśmy na żółty szlak, który poprowadził nas z powrotem do schroniska.

 

 

autor: Jagoda Siwek

Poprzedniego wieczora zdecydowaliśmy się wybrać na Zawrat, aby popodziwiać widoki. Rano z małym opóźnieniem pojechaliśmy do Kuźnic w składzie: Ariel Wcisło, Wojtek Lasota, Kuba Grzęda, Agata Kowalska i Jagoda Siwek. Jako, że towarzyszyła nam śnieżyca z silnym wiatrem, postanowiliśmy iść niebieskim, ukrytym w lesie szlakiem, żeby chociaż przez chwilę odpocząć od tych warunków. W końcu doszliśmy do Murowańca, gdzie odpoczęliśmy przy gorącej czekoladzie i herbacie.

Kiedy doszliśmy nad Czarny Staw Gąsienicowy, jednomyślnie zdecydowaliśmy się obejść go tak, jak idzie letni szlak. Przez to musieliśmy zmierzyć się z wielkimi zaspami(na chwilę zgubiliśmy Ariela, który chcąc ułatwić sobie drogę, wpakował się w jeszcze większe zaspy). Po obejściu weszliśmy trochę wyżej, gdzie Agata i Ariel postanowili zawrócić. Wiedzieliśmy, że nie wejdziemy dzisiaj na Zawrat, ale razem z Kubą i Wojtkiem chcieliśmy powalczyć jeszcze w ciekawych warunkach. Uzbrojeni w raki i czekany ruszyliśmy przed siebie. Kiedy po pewnym czasie wiatr się nasilił, a śniegu padało coraz więcej, my także zawróciliśmy. Nie uśmiechało nam się znowu przedzierać przez jeszcze powiększone zaspy(po naszej wydeptanej drodze nie było śladu), więc weszliśmy na zamarzniętą taflę jeziora. Tam po chwili spotkaliśmy pozostałą dwójkę zagubioną we mgle. Widoczność była fatalna, ale ostatecznie udało nam się nie zgubić oraz bezpiecznie i w doskonałych humorach dojść do auta.

 

 

 

 

 

 

 




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.