KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Alpy francuskie

Autor: Jakub Grzęda
 

Tegoroczne wakacje obfitowały dla nas mnóstwem możliwości przeżywania górskich przygód. Jedną z dostępnych opcji był wspólny wyjazd w Alpy francuskie w rejonie Chamonix. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że pojedziemy tam jako 3 niezależne ekipy o różnych priorytetach działania. Cała przygoda zaczęła się z ostatnimi dniami lipca, kiedy to pierwsza ekipa w składzie: Paweł, Madzia, Michał, Murzyn, Robert i Asia dotarła na miejsce. Nie zwlekając ruszyli objuczeni sprzętem w kierunku górnej stacji kolejki Montenvers-Mer de Glace, oczywiście pieszo pośród malowniczych krajobrazów, i to bynajmniej nie dlatego, że uwielbiają zachwycać się naturą, lecz wyjazd zakładał wariant ekonomiczny co jednoznacznie wykluczyło przejazd kolejką z doliny na górę. Po osiągnięciu stacji pomaszerowali dalej w kierunku jęzora lodowca Mer de Glace, pokonując przy tym odcinek prawie pionowej ściany ubezpieczony w stalowe drabiny. Po spacerze w górę lodowca pokonali kolejny zestaw drabin, tym razem w górę, by wieczorem rozbić obóz w okolicy schroniska Envers des Aiguilles. Plan na następne kilka dni opiewał na piesze wycieczki po okolicy i wspinaczkową szermierkę z naturą. Wszystko było by dobrze, gdyby nie deszcze przeplatające wspinaczkowe zmagania, które zmusiły ich do kontemplacji wnętrz namiotów. W między czasie odbyła się wyprawa do doliny celem uzupełnienia prowiantu i doniesienia reszty sprzętu fotograficznego. 

Pierwszą próbą górskiego wspinania była jedna z prostszych propozycji w okolicy – Sonam (5b). Wstawiali się w ścianę podzieleni na 2 zespoły trójkowe. Ze względu na kiepskie warunki, po padającym poprzedniego dnia deszczu, odtrąbiono odwrót z drugiego stanowiska. Udało się za to skończyć drogę Le Marchand de Sable na Tour Rouge (6a+). 300 metrów nagrzanych słońcem granitowych płyt, podzielonych na 11 wyciągów, pokonywali w zespołach Michał i Murzyn oraz Magda i Paweł. Wspinanie, chociaż bardzo przyjemne, okazało się dużo trudniejsze, niż można było się domyślać patrząc na wyceny, o czym zresztą informował przewodnikowy opis. Pomimo kilku chwil zwątpienia, oba zespoły zameldowały się na szczycie i szczęśliwie dotarły do namiotów. Ze względu na pogarszające się warunki i niezbyt optymistyczne prognozy na następne dni zeszli do doliny.

Kolejnym planem był tydzień wspinaczki sportowej w kanionie rzeki Tarn, poprzedzonej okazją na odwiedzenie pobliskiej jaskini la Cocalière, co było możliwe za sprawą uprzejmości lokalnych grotołazów. Po wyjściu spod ziemi udali się prosto do Gorges du Tarn. Tam czekał ich tydzień wspinania w dobrej jakości wapieniu i bardzo wysokich temperaturach. Drogi sportowe o długości dwukrotnie większej, niż spotykane w Polsce, robiły spore wrażenie. Padło parę osobistych rekordów, a kilka dróg czeka na powrót za rok i dokończenie.
Po dwóch tygodniach zmagań pierwszej ekipy na miejsce dotarły dwie pozostałe w składach:
Wojtek, Jagoda, Filip i Ariel oraz Andrzej, Ania, Kuba i Żaneta. Wszyscy spotkaliśmy się na campingu w Les Houches gdzie dokonano roszad zespołowych i podjęto decyzje dotyczące działań poszczególnych ekip. Założony cel dla wszystkich ekip był wspólny: zdobyć najwyższy szczyt Europy – Mont Blanc.
Pierwsze dwie ekipy zdecydowały się na podejście wzdłuż lodowca Mer de Glace do przełęczy Col do Midi (3544 n.p.m.), a stamtąd w kierunku Mont Blanc pokonując po drodze Mont Blanc du Tacul i Mont Maudit. Trzecia ekipa wybrała wariant „na bogato” wjeżdżając zapierającą dech w piersiach kolejką na Aguille du Midi (3842 m n.p.m.) i schodząc na Col du Midi. Celem wariantu na bogato było zyskanie kilku dni na aklimatyzację zespołu przed atakiem na MB, czekając jednocześnie na pozostałem dwie ekipy.

Tak więc wraz z Andrzejem, Anią i Żanetą wjechaliśmy na górę i przemaszerowaliśmy na przełęcz, gdzie ufortyfikowaliśmy nasze namioty śnieżnymi murami chroniącymi od wiatru. Następne dwa dni spędziliśmy aklimatyzując się, a niektórzy musieli zmagać się z wysokościowym buntem organizmów, które to za wszelką cenę starały się wymusić na swoich właścicielach zmianę ciśnienia otoczenia . Drugiego dnia pogoda raczyła się zepsuć częstując zarówno nas jak i dwa zespoły poniżej ożywczym deszczem, co dobiło gwóźdź do trumny planom ekip atakujących od dołu. Niestety po natrafieniu na pole seraków, które drwiło sobie z możliwości naszych młodych alpinistów, oraz wygrażało palcem pomysły pokonania się metodami alpinistycznymi, w strugach deszczu , zespoły podjęły decyzję o odwrocie. Na tę wieść postanowiliśmy zaatakować pierwszy szczyt: Mont Blanc du Tacul ruszając z namiotów w mrozach nocy, by wykorzystać niską temperaturę jako zabezpieczenie przed agresywną naturą lawin. Maszerując związani liną w czteroosobowym zespole, w wąskich snopach światła czołówek pokonywaliśmy strome zbocze góry, by o wschodzie słońca stanąć na szczycie Tacula (4248 m n.p.m.). Prawdę mówiąc jeszcze przed startem czuliśmy, że Mont Blanc jest poza naszym zasięgiem, a widok na Mont Maudit broniącego dostępu do Mont Blanc’a tylko utwierdził nas w tym przekonaniu. Kierując się zdrowym rozsądkiem i chęcią powrotu do domu w jednym kawałku odtrąbiliśmy odwrót chcąc zejść ze zbocza nim promienie słońca je ogrzeje podnosząc tym samym ryzyko związane z zejściem ewentualnej lawiny.

Po powrocie do namiotów dotarła do nas smutna informacja o tragedii jaka rozegrała się w dolinie pomiędzy Taculem i Mont Maudit, na którą patrzeliśmy o poranku. Niestety dzień przed naszym wejściem zginęły tam w lawinie trzy osoby. Wiadomość ta dała asumpt do zadumy nad ryzykiem jakie podejmujemy próbując mierzyć się z potęgą natury zaklętą w górach i niestety czasami pomimo najlepszego możliwego przygotowania są rzeczy, których nie da się przewidzieć…
Następnego dnia zwinęliśmy namioty i popędziliśmy w górę do stacji kolejki, która miała nas zabrać z powrotem do Chamonix. W międzyczasie pozostałe ekipy dotarły na camping w Les Houches, skąd pierwsza ekipa udała się w podróż powrotną do kraju, kończąc ponad 3 tygodniową przygodę w Alpach, druga natomiast pełna entuzjazmu przygotowywała się do rozbicia obozu na Plan de l’Aguille jako bazy wypadowej na kilkudniowe wspinanie. Dla naszej drużyny natomiast powrót do Chamonix oznaczał drugi etap wyjazdu, czyli przygotowania Andrzeja do startu w prestiżowym ultra maratonie Ultra Trail du Mont Blanc. W ramach przygotowań Andrzej, zgodnie z zaleceniami swoich biegowych mentorów i trenerów robił całkowite… nic, broniąc się przed przemęczaniem w każdej postaci i zbierając siły do biegu. Tak ciężki trening Andrzeja nie wymagał jednak arbitrażu trzech osób, wobec czego wraz z Anią i Żanetą przygotowaliśmy sobie zestaw 3 jednodniowych wycieczek górskich, których celami były m.in. Le Brevent oraz ujście lodowca Mer de Glace. Dla zachowania rekreacyjnego charakteru wycieczek przeplatane były one jednodniowymi odpoczynkami, które okraszaliśmy francuskim winem i serami pleśniowymi przy wdzięcznych dźwiękach ukulele.

Gdy nadeszła godzina „W” odprowadziliśmy Andrzeja na start UTMB, żeby zobaczyć go po raz ostatni czystego i uśmiechniętego. Kiedy Andrzej heroicznie pokonywał kolejne kilometry, wpierw Ania, a później także i ja, realizowaliśmy przygotowany wcześniej plan wsparcia jeżdżąc od punktu do punktu, na których mogliśmy udzielić Andrzejowi odrobiny wsparcia. Na wagę złota okazywały się łyki parzonej kawy, drinki węglowodanowe i izotoniczne mieszane przez Anię zgodnie z wytycznymi, już wtedy wcale nie tak bohatersko wyglądającego Andrzeja oraz sucha odzież na zmianę. Cenna okazała się także targana z nami przepastna apteczka Ani ,z pomocą której można by z powodzeniem dokonać przeszczepu nerki. Po ok 42,5 godzinach biegu, nasz bohater przekroczył próg mety (określenie „wbiegł na metę” byłoby poważnym nadużyciem), skąd opromienionego chwałą zabraliśmy go na camping celem reanimacji. Po paru godzinach odpoczynku, kolejnych kilku snu, następnego dnia zwinęliśmy już ostatni nasz obóz w tym rejonie (druga ekipa wycofała się w połowie tygodnia i zdecydowała na wcześniejszy powrót do kraju). I tak, trochę zmęczeni, ale szczęśliwi ruszyliśmy w długą podróż ku domowi.




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.