KSPWr Politechnika Wrocławska

Language

Dear English-speaking colleagues,

Our webpage is maintained generally in polish but we make every effort to ensure that at least some content will be available in English. If You are interested in some content which is currently without translation please let us know.

Regards,
Members of Speleology Club Wroclaw University of Technology

Kolorowy podziemny świat

Story by Aleksandra Mańka

Jak założyliśmy podczas wrześniowego wyjazdu, tak też zrobiliśmy - wróciliśmy do Radzimowic, a konkretniej do znajdującej się w tej niewielkiej wiosce kopalni Wilhelm. Skład ekipy dość mocno ewoluował, ale finalnie na wyjazd w czwartek zdecydowaliśmy się tylko ja, Adam, Andrzej i Michał, a reszta miała do nas dołączyć następnego dnia. Tak więc ja, Adam i Michał wyjechaliśmy z Wrocławia około godziny 13 i po około 3-godzinnej podróży, wraz z przerwą na zakupy dojechaliśmy na miejsce…


… Szyb Arnold odwiedziliśmy przy okazji ostatniego pobytu w tej okolicy, więc pojechaliśmy prosto pod szyb Louis. Nie było to zbyt prostą sprawą, ponieważ już sama droga do Radzimowic jest drogą gruntową, prowadzącą chociażby przez czyjś podwórkowy mini-skład złomu.

Oczywiście daliśmy radę i zaparkowaliśmy pod samym szybem. Chwilę później dojechał do nas Andrzej Mazur. Przepakowaliśmy się, Adam założył liny i zjechaliśmy na znajdujący się około 80m pod powierzchnią ziemi poziom III, gdzie rozłożyliśmy nasze obozowisko. Chłopaki jeszcze na górze narzekali, że są głodni, więc zjedliśmy co kto miał, wzięliśmy aparaty fotograficzne i poszliśmy zobaczyć najbliższy chodnik transportowy, zachwycający  sporą ilością nacieków mineralnych o bardzo różnorodnej kolorystyce. Po powrocie na nasz biwak rozłożyliśmy śpiwory i poszliśmy spać. Noc była długa i zimna. O 6 przebudziliśmy się, ja zaczęłam marudzić, że chyba czas wstawać. Chłopaki stwierdzili jednogłośnie, że to głupi pomysł, więc spaliśmy dalej. Około 9 Andrzej narobił zamieszania, bo musiał wyjść na powierzchnię, żeby zapisać się na zajęcia. Adam i Michał niestety nadal nie mieli ochoty wstać. Jakieś 2 godziny później Andrzej powiedział przez radio, że przyjechał Paweł i właśnie będzie zjeżdżał. Chwilę później usłyszeliśmy jak coś spada. Nastała cisza, którą przerwał Adam, mówiąc, że nic co spadało nie przypominało kształtem człowieka. Andrzej szybko wyjaśnił nam, że rozerwała się reklamówka z jedzeniem i wszystko spadło do szybu. Odetchnęliśmy z ulgą i czekaliśmy na Pawła. Dało się nawet wyczuć zapach grochówki żołnierskiej, która 'eksplodowała', po kończącym 80m spadek swobodny, nagłym kontakcie z podłożem.

Niedługo później przyjechał Andrzej Żak z Moniką. Gdy wszyscy byli już na dole, my wyczołgaliśmy się z ciepłych śpiworów, zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę i stwierdziliśmy, że już późno i czas ruszać na podbój kopalni! Zaczęliśmy się powoli pakować i przebierać. Monika i Andrzej Żak, którzy byli w kopalni pierwszy raz poszli z Pawłem zobaczyć korytarz transportowy, w którym reszta ekipy była poprzedniego dnia. Niedługo później Adam, Andrzej i Michał ruszyli w głąb kopalni, a ja ociągałam się najdłużej, więc opuściłam miejsce biwaku kilkanaście minut później, około 14.30. Dogoniłam ich wszystkich przy pochylni, która była już zaporęczowana przez Adama, który kilka metrów niżej wieszał sznurki przy drabinach. Kotwienie niestety zakończyło się fiaskiem, ponieważ skała była twardsza niż wiertło. Jego efektem była jedna, słabo trzymająca się kotwa, ale jak się później okazało, sznurki trzymały się bardzo dobrze. Ta 'zabawa' trwała dłuższą chwilę, więc mieliśmy czas na zrobienie kilku zdjęć, po czym ruszyliśmy dalej. Zeszliśmy trzema drabinami na częściowo już nam znany poziom IV.

Skierowaliśmy się prosto do korytarza z trawersem. Akumulator od wiertarki padł przy drabinach, więc Adam mocował sznurki do drewnianej obudowy, która była w bardzo dobrym stanie. Za trawersem skręciliśmy w lewo, w pierwszy nieznany nam jeszcze, bardzo błotnisty korytarz. Kończył się on przodkiem przy którym była zrzutnia, pod którą leżały bardzo oryginalnie zabarwione kamienie. Reszta korytarzy na tym poziomie była niestety zalana. Adam i Andrzej, którzy mieli wysokie kalosze poszli dalej, a my zostaliśmy w suchym miejscu, gdzie dołączył do nas Darek - geolog, którego poznaliśmy w czerwcu w kamieniołomie „Silesia”. Andrzej wrócił z zalanego korytarza, Darek przywitał się z nami i poszedł do Adama. Połazili trochę po wodzie, wrócili do nas i poszliśmy dalej. Chwilę później zobaczyliśmy dziurę, prowadzącą w dół. Darek miał 30m liny, przywiązał ją do dwóch leżących nad dziurą belek i zjechał na dół. Na początku nie chciało mi się tam zjeżdżać, ale jak zwykle zmieniłam zdanie i wraz z reszta wiary dołączyłam do Darka. Nie dość, że miałam już wszystko mokre, na początku trzeba było przedostać się pod spływającą na głowę wodą, która towarzyszyła do końca zjazdu, który na szczęście nie był długi, a woda na szczęście płynęła po ścianie, więc wlewała się tylko do butów. Po kilku(nastu?) metrach zjazdu zobaczyłam Darka, który czekał w jakimś niewielkim bocznym korytarzu. Korytarz był krótki i ślepo zakończony, ale na końcu można było zobaczyć ciekawie wyglądający sporych rozmiarów naciek. Adam zjechał jeszcze niżej, reszta ekipy zaczęła zjeżdżać z góry, jedni na sam dół, inni na „półpiętro”, aż w końcu zrobiło się niemałe zamieszanie. Trochę zmarzliśmy czekając na wolną linę, ale w końcu udało na się zjechać na sam dół. Na dnie korytarza było sporo błota o żółtym kolorze. W jednym miejscu była głęboka studzienka z bardzo czystą wodą, która świadczyła o tym, że zeszliśmy najgłębiej jak było to możliwe.

Wychodzenie poszło dość sprawnie. 30m wyżej Adam wpadł na głupi pomysł, żeby zostać w kopalni jeszcze jedną noc, albo spać w samochodach, bo było już dość późno. Ja nawet nie chciałam o tym myśleć. Po dotarciu na miejscu biwaku zjedliśmy coś na ciepło, przebraliśmy się w suche rzeczy pierwsze 2 osoby zaczęły około 80m wspinaczkę do świata żywych. Niedługo później przyjechała Magda z Olą, udało mi się wytłumaczyć Adamowi, że jednak ciepły prysznic i nocleg by na wszystkim się przydał. Magda zadzwoniła do Pana, u którego Adam „załatwił” noclegi. Okazało się jednak, że ów Pan jest w Warszawie bo nikt nie zadzwonił, nie potwierdził i nie dogadał się konkretnie co i jak. Ola też była bardzo niezadowolona z faktu noclegu pod chmurką, więc załatwiły z Magdą nocleg w Sokolikach.

Darek poszedł po próbki, a my spakowaliśmy rzeczy i zaczęliśmy wychodzić na powierzchnię. Po spacerze Darka kopalnia niestety troszkę się zmieniła, a mianowicie w miejscu, gdzie stały drabiny jest już tylko studnia, ponieważ drabiny już nie stoją, gdyż Darek poślizgnął się na jednej z nich. Na szczęście nic mu się nie stało, bo tym razem mieliśmy ze sobą więcej niż 11m sznurka i mogliśmy pozwolić sobie na taki luksus, jak zaporęczowanie drabinek. Paweł, Andrzej Żak i Monika od razu po wyjściu z szybu pojechali do Wrocławia. W kopalni został tylko Adam z Darkiem, aby asekurować transport wszystkich naszych gratów na górę. Dość wolno to szło i z kopalni wyszli około 2 w nocy. Po zapakowaniu aut zrobiliśmy wspólne zdjęcie i każdy pojechał w swoją stronę: Darek do domu, a ja, Ola, Magda, Andrzej, Michał i Adam w Sokoliki.

Po długo wyczekiwany ciepły prysznicu miło było położyć się spać w ciepłym pomieszczeniu.

Następnego dnia spaliśmy dość długo. Po południu wszyscy poszli na spacer na Sokolik, a ja zostałam, żeby się przepakować. Po powrocie Andrzej i Michał pojechali do Wrocławia, Magda została w Sokolikach, a ja z Olą i Adamem pojechaliśmy do Złotoryji, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Około 20 byliśmy na miejscu, ja poszłam na szybkie zakupy, zjedliśmy kolację, obejrzeliśmy telewizję, poszperaliśmy w Internecie, wypiliśmy coś z % i poszliśmy spać.

Na niedzielę zaplanowaliśmy zwiedzanie okolic Radzimowic i Jaskini Imieninowej. Pokój musieliśmy opuścić do 10, więc mieliśmy przed sobą cały długi dzień. Pojechaliśmy prosto do Radzimowic, pod szyb Arnold, połaziliśmy trochę po lesie, a następnie pojechaliśmy pod szyb Louis, również w celu zwiedzenia okolicy.

Po tym wszystkim umówiliśmy się z Magdą w Wojcieszowie, skąd pojechaliśmy w okolice Rochowic Wielkich, gdzie znajduje się Jaskinia Imieninowa. Pół dnia trzeba było namawiać Adama, żeby do niej wszedł, ale na szczęście się udało.

Jaskinia Imieninowa jest jedyną w Polsce jaskinia, która powstała w łupkach zieleńcowych w wyniku wypływu wód geotermalnych. Sztuczny otwór jaskini położony jest w nieczynnym kamieniołomie na wysokości około 500m n.p.m. Adam wszedł do jaskini jako pierwszy, za Nim Ola, a na końcu ja. Jaskinia zaczyna się stromo opadającym korytarzem, rozwiniętym na szczelinie o przebiegu S-N, którym dostaliśmy się do prostopadłej do niego szczeliny. Ten fragment jaskini ma charakter tektoniczny. Ze szczeliny Adam wlazł do wąskiego korytarzyka, ale szybko się z niego wycofał.

Ja w tym czasie weszłam w korytarz, który prowadził w górę. Na jego końcu była studnia. W tej części jaskini korytarze były silnie myte, a na ścianach i w kotłach eworsyjnych było widać poszczególne warstwy łupków. Chwilę później dołączył do mnie Adam, założył linę i zjechał na dół, a ja w tym czasie czekałam na Olę. Zjechałyśmy do Adama i poszliśmy w jeden z bocznych korytarzy. Ja zostałam parę chwil żeby zrobić zdjęcia, w tym czasie Adam poszedł do przeciwległego korytarza, a Ola zaczekała na mnie. Poszłyśmy kawałek prostym korytarzem, w którym trafiłyśmy na ok 2m studnię. Ola powiedziała, że nie idzie dalej. Za studnią korytarz kontynuował się, ale był bardzo wąski. Zaglądając do niego, dało się zauważyć piękne szczotki kalcytowe, niestety pokryte błotem. Takie same kryształy można było zobaczyć jeszcze w innych częściach jaskini. Po zejściu studzienką trafiłam do niezbyt szerokiego korytarza, na końcu którego była niewielka salka. Z salki poszłam zobaczyć kawałek bocznego korytarza, zrobiłam kilka zdjęć, po czym stwierdziliśmy z Adamem, że trzeba dość szybko kierować się w stronę wyjścia, bo jesteśmy już w jaskini prawie 4 godziny. Szybko dotarliśmy do miejsca, w którym były założone liny. Ola wychodziła jako pierwsza, ja z Adamem w tym czasie porobiliśmy trochę zdjęć. Za Olą wychodził Adam, a na końcu ja. Na początku poszło dość sprawnie, ale pod koniec Oli padła czołówka, co spowolniło odrobinę tempo, więc miałam trochę czasu na zrobienie kilku zdjęć nacieków grzybkowych, którymi była pokryta większa część pierwszego korytarza, oraz ciekawskich futrzaków, które bardzo zainteresowały się naszą obecnością.

Z jaskini wyszliśmy około godziny 20. Magda i Ola wróciły od razu do Wrocławia z Magdy chłopakiem, a ja z Adamem zostaliśmy na miejscu jeszcze do około 22, żeby spokojnie się spakować i wypić kawę. Jako, że była niedziela, 25 września, dojechaliśmy do Wrocławia 20min przed końcem studenckich wakacji :D




Powered by Joomla!®. Designed by: joomla 1.6 templates web hosting Valid XHTML and CSS.